13 listopada 2009

KRAKTypo 2009 — subiektywna relacja

Wróciłem z KRAKTypo. Byłem w grupie niebieskiej. Postaram się opisać subiektywne odczucia związane z tegoroczną edycją. Szkoda, że nie zdążyłem przygotować projektu plakatu na konkurs ani żadnej prelekcji, ale ostatnie tygodnie mógłbym określić dwoma słowami: praca i sen.

Wyjazd z Sanoka
Sobota, 7 listopada
Kierowca busa jedzie bardzo szybko i już o 14.30 melduję się u znajomego, gdzie mam zapewnione noclegi na czas pobytu w Krakowie.
Po wieczornych rozmowach, idę spać lekko po północy.




Dzień pierwszy
Niedziela, 8 listopada, rano
Z niecierpliwości nie mogę spać, budzę się co chwilę: 4.30, 5.05, 6.40, w końcu budzik zrywa mnie o 7.10. Szybkie poranne ablucje, wtryniam śniadanie i gonię na tramwaj. Na ulicy Bożego Ciała lekka konsternacja, ale idę jeszcze kilka kroków i w uliczce po lewej stronie otwiera się przede mną Plac Nowy. Już wiem, że jestem blisko. Wchodzę do Alchemii, gdzie zbierają się pierwsi uczestnicy i prelegenci, a organizatorzy zwijają się w ukropie przy rejestracji. Zaklepuję sobie miejsce siedzące w Undergroundzie, obserwuję rozwieszanie plakatów i wracam na górę. Wszystko przebiega sprawnie — sprawdzenie listy obecności, identyfikator, pakiecik… Chwilę pomogłem przy rozdzielaniu zestawów gadżetów, czułem się jakbym wcale stamtąd nie wyjeżdżał i ciągle trwało KRAKTypo 2008. Wszyscy słyszą „Proszę przechodzić do piwnicy”. Ja wciąż na górze, ale już widzę, że jeszcze wszystkich nie ma i całość rozpocznie się ok. 10.15. Tak też się dzieje.

ok. 10.15
Przywitanie uczestników i zaczyna się pierwsza prezentacja. Andrzej Tomaszewski opowiadał o pracy nad książką „Giserzy czcionek w Polsce”. Prezentacja ciekawa, dobrze wyważona czasowo. Pod koniec prelekcji czekała na nas niespodzianka — premiera książki. Wydawca — Robert Chwałowski — zorganizował wydrukowanie książki w ciągu tygodnia i udało się! Książka została wydana w nakładzie 500 egzemplarzy; wiele osób natychmiast ją nabyło. Sam ją kupiłem i dzisiaj przeczytałem. Dostrzegłem tylko kilka niekonsekwencji, które zauważają tylko czepiacze (choćby na str. 124).

ok. 11.00
Kolejna prezentacja pt. „Typografia w plakacie” była przygotowana przez Jerzego Skakuna z warszawskiego studnia graficznego Homework. Zobaczyliśmy plakaty przygotowane wraz z Joanną Górską, na których wykorzystano w różnym stopniu typografię — czasem jako główny element obrazu, a czasem jako uzupełnienie grafiki. Osobiście najbardziej spodobał mi się plakat do spektaklu „Samobójca”.

ok. 11.50
Następnym prelegentem był Artur Frankowski, który opowiadał o Władysławie Strzemińskim i druku funkcjonalnym. Całość interesująca, lecz niestety prezentacja w kilku momentach prawie „stawała”, gdyż autor czytał to, co było wyświetlane na ekranie. Ciekawe dla mnie było to, że w końcu dowiedziałem się o pochodzeniu takich pism jak FA Julian, czy ksenotyp FA Komunikat.

ok. 12.45
Kolejną prezentację poprowadził Krzysztof Kochnowicz kierownik Pracowni Znaku i Typografii na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Prelekcja dotyczyła działania pracowni, kształcenia i warsztatów. Jeden z ciekawszych fragmentów dotyczył prac przygotowywanych przez studentów, na mnie spore wrażenie zrobiła mnogość projektów Viktoriyi Gadomskiej. Profesor Kochnowicz zajmująco opowiadał też o projekcie swojego asystenta, dra Wojciecha Janickiego, autora rodziny fontów Genetica, na który składa się dziewięć fontów (szeryfowy, bezszeryfowy i egipcjanka — każdy w odmiane prostej, pochylonej i grubej). Opracowanie wspomnianej rodziny fontów było częścią pracy doktorskiej doktora Janickiego.

ok. 13.45
Zarządzono opóźnioną przerwę obiadową. Pomknąłem więc kurcgalopkiem do lokalu o wdzięcznej nazwie „U Doroty” (przymykając oczy przy wchodzeniu, bo napis na drzwiach wygląda mniej więcej tak: " U Doroty "). Za to w środku serwują pyszne dania kuchni domowej. Zamówiłem pomidorową i placki po węgiersku. Palce lizać, dosłownie jak w domu. Pomidorowa miała kluseczki z lanego ciasta dokładnie takie, jak sam robię ;) Wchłonąłem obiad i again do Alchemii. Wypiłem herbatę, zagryzłem precelkiem i czekałem na ciąg dalszy.

ok. 15.10
Po drobnej przerwie technicznej wysłuchaliśmy prezentacji Marcina Frontczaka dotyczącej powstawania „w trudzie i znoju” fontu Potlacz. Najpierw wyjaśniło się skąd wzięła się nazwa, a dostępnie dlaczego prezentacja miała podtytuł „Font, na który się złożyliście”. Otóż autor otrzymał roczne stypendium w kategorii „Plastyka” z budżetu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Prelegent mówił o swojej pracy nad wybranymi znakami, o testowaniu par kerningowych, dopieszczaniu odsadek, różnych pomysłach i trudnych wyborach. Całość ciekawa, choć mnie font wydał się bardzo podobny do istniejących już na rynku.

ok. 16.00
Ostatnim niedzielnym prelegentem była pani Ewa Satalecka, która zaprezentowała nam

ok. 17.10
Po krótkiej przerwie przyszedł czas na benefis Stefana Szczypki. Najpierw obejrzeliśmy film, który był zapisem rozmowy Andrzeja Tomaszewskiego z gościem specjalnym tegorocznej edycji KRAKTypo oraz wypowiedzi osób, które spotkały go na swojej drodze życiowej. Następnie sam Stefan Szczypka — lekko zmieszany wynoszeniem go na piedestał — opowiedział o swojej pracy, podejściu do klienta i nie mógł odżałować „odejścia” programu Calamus, który umożliwiał przygotowania na najwyższym poziomie typograficznym publikacji i zaświecenie filmów bezpośrednio z komputera. Naprawdę zaciekawiło mnie to, że dla komputerów Atari możliwy był pełen SoftRipping na ekran, dzięki czemu po odpowiednim powiększeniu obrazu można było dokładnie obejrzeć punkt rastrowy i rozetkę, jaka wyjdzie podczas procesu druku. Pamiętam, że wiele lat temu czytałem o tym w nieistniejącym już czasopiśmie „Komputer” i numer z tym artykułem wciąż leży u mnie na strychu.

wieczorem
Pojechałem do znajomych, „trochę” pogadaliśmy, obejrzałem Smallville e09e07 i padłem przed 2.00.




Dzień drugi
Poniedziałek, 9 listopada, rano
Znowu budzik zerwał mnie o 7.10. Śniadanie, tramwaj, „Alchemia”… Ups, to nie tutaj — dziś mam warsztaty w Kolanku. Prawie przegapiłem ten pub-naleśnikarnię, na szczęście w porę cofnął mnie Tomek Kuc i wskazał mi właściwy kierunek. Ponieważ było jeszcze wcześnie, zdążyłem jeszcze wypić herbatę. W końcu udałem się do sali, w której miały rozpocząć się moje pierwsze warsztaty — kaligraficzne. Prowadził je Henryk Sakwerda. Nie mówię, że szło mi idealnie, ale niektóre litery i cyfry prawie mi wychodziły :) Jedyną wadą tych warsztatów było to, że trwały tylko 2,5 godziny. Większość pytanych uczestników uważała, że i pięć godzin nie byłoby przesadą. Po prostu tylko liznęliśmy temat, a mieliśmy jeszcze tyle pytań, które pozostały bez odpowiedzi… Trudno. Na szczęście resztę materiałów i pióro każdy z uczestników ma teraz w domu, więc wystarczy znaleźć czas i poćwiczyć w spokoju. Zajęliśmy pana Henryka prawie do południa, ale musieliśmy wychodzić, bo wchodziła grupa czerwona. Biegiem do „Alchemii”, zajmuję miejsce.

ok. 12.05
Tomek Kuc i Helena Pryłowska prowadzili zestaw quizów dotyczących rozpoznawania krojów pisma po fragmentach, szeryfach, detalach typograficznych lub cyfrach oraz korporacyjnych pism stosowanych przez znane firmy. Moje niewyspanie dało się tu mocno we znaki, bo zdawało mi się, że dostałem jakiegoś zaćmienia. Mogę sobie wybaczyć niewiedzę dotyczącą krojów korporacyjnych Ery, BP czy Shella, ale nie rozpoznać fontu The Mix? Brrr…

ok. 14.00
Przerwa obiadowa. Oczywiście gdzie pogoniłem? Tak. Znowu zjadłem „U Doroty”. Tym razem była to pieczarkowa (mniam!), pierogi z mięsem i zestaw surówek. Zjadłem wszystko jak jakaś maszynka, bo wszystko smakowało jak w domu.

przed 15.00
Idę do „Kolanka”, gdzie mają się rozpocząć warsztaty typograficzne, które prowadził Marian Kasprzycki przy pomocy Franciszka Otto. Na stołach rozłożono kaszty i każdy mógł osobiście zobaczyć, jak ciężka, brudna i trudna była praca zecerów i metrampaży. Na „mój” stół trafiły drewniane czcionki, służące zwykle do drukowania obwieszczeń czy plakatów. Były to tylko minuskuły, bez cyfr. Wyzwaniem było utworzenie czegoś strawnego dla oka, ale myślę, że efekt nie był najgorszy. Nie mogliśmy zastosować prasy, gdyż łączyłoby się to z rozebraniem składu i żmudnym podklejaniem czcionek, dlatego podjęliśmy decyzję o poświęceniu i zamieniliśmy nasz stół w manufakturę. Nakładanie farby palcami, przykładanie papieru i dociskanie papieru łyżeczką. Potem postanowiliśmy upiększyć nasze dzieło przez zastosowanie druku dwubarwnego, co również się udało. Niestety nie każda odbitka była idealna, ale chcieliśmy odbić ich przynajmniej kilka, aby każdy mógł mieć pamiątkę. Najlepszy chyba egzemplarz dostał Robert Oleś, więc jeśli go umieści w sieci to dodam tu ładniejszy link.


Siedzieliśmy w „Kolanku” dosyć długo, bo trzeba było umyć czcionki, siebie, rozebrać skład i trochę posprzątać. Tymczasem dowiedzieliśmy się, że panelu dyskusyjnego „Co dał AKT: Tobie, światu?” nie będzie.

ok. 18.15
Znowu trafiłem do „Alchemii”. Herbata, precelek, siadam i słucham. Choć panelu niby nie ma, toczy się dyskusja na temat dziwnych życzeń klientów, wzajemnego zrozumienia i szacunku. W pewnej chwili Rafał Świątek zadał pytanie Andrzejowi Tomaszewskiemu i Stefanowi Szczypce, co sądzą o reprincie, który im pokazał. Obaj uznali, że reprint nie ma „współistnienia formy i treści”. Wspomniany reprint wraz z zestawem do gry Scrabble otrzymałem chwilę później jako nagrodę za komentarz do wpisu na blogu Rafała. Po chwili atmosfera na sali jakby się zagęściła i zaczęto się wymieniać dziwnymi wyjaśnieniami dotyczącymi spraw organizacyjnych i prywatnych. Szkoda (a może na szczęście?) większość osób — w tym i ja — nie miała pojęcia, o co chodzi. Słyszałem, że chodzi o wspomnianą „nagrodę”, ale co ja miałem z tym wspólnego — nie wiedziałem. W tym momencie poczułem się zagubiony, ale nie tylko jak. Nastrój prysł — poszedłem na przystanek.

wieczorem
Rozmawiałem ze znajomymi o książkach, serwisach internetowych, o tym, jak ważna jest choćby poprawność interpunkcyjna i ortograficzna, bo może to zniechęcić potencjalnego klienta do skorzystania z usług firmy, która takie zasady ignoruje.
Znowu minęła północ i poszedłem spać.




Dzień trzeci
Wtorek, 10 listopada, rano
No cóż… Spałem trochę dłużej, bo obudziłem się o 8.00. Ale to nic, bo grupa niebieska we wtorek zaczynała zajęcia dopiero o godz. 10.00.

ok. 10.05
Rozpoczęła się dyskusja, która miała być pod tytułem „Gazety vs. Internet”, ale zamieniła się raczej w luźną rozmowę o współczesnym odbiorcy mediów, a także o tym „jak to drzewiej bywało, gdy ludzie czytali gazety” ;) Pozostanę przy swoim zdaniu, że gazety (codzienne) są coraz mniej potrzebne, ale właśnie ze względu na finansową stronę przedsięwzięcia, czyli reklamy — jeszcze chwilę pożyją. Jak długo? Nie wiem. Bo wyobraźmy sobie sytuację, w której nie ma gazet codziennych, ale wszystkie te informacje dostępne są w sieci. Hmmm… Ale jak ma zarobić dziennikarz, skoro ludzie blokują reklamy? To temat, który na pewno pojawi się w przyszłości.
Po krótkiej przerwie przeszliśmy do „Kolanka”.

ok. 12.00
Warsztat linorytniczy typocut Franciszka Otto. To było naprawdę ciekawe zadanie. Po zaprojektowaniu znaku na kartce i przeniesieniu go za pomocą kalki na kawałek linoleum należało wyciąć konkretną literę lub cyfrę. Mnie przypadła litera „Q”.
Materia linoleum była na początku trochę oporna, ale później jakoś zapanowałem nad nią i nie mogę się zbytnio wstydzić wyniku mojej pracy. Znowu czułem pewien niedosyt, ale może przesadzam. Ale gdyby każdy miał dwie litery i dwa razy więcej czasu… ;)

ok. 14.40
Ponieważ byłem już w „Kolanku”, postanowiłem zjeść na miejscu. Zdecydowałem się na zupę meksykańską. Całkiem niezła. Zastanawiałem się nad naleśnikami, ale mieliśmy iść do muzeum, więc poprzestałem na zupie.

ok. 15.10
Wystawa „Krakowskie drukarstwo XV–XX w.” w Muzeum Inżynierii Miejskiej przy ul. Św. Wawrzyńca była BARDZO interesująca. Przewodnik orientował się w eksponatach, choć sam przyznał, że sporo się nauczył dzięki uwagom Andrzeja Tomaszewskiego, który był w muzeum z grupą czerwoną. Ciekawe eksponaty, jak choćby reprint pelplińskiego egzemplarza Biblii Gutenberga czy wyposażenie zecerni budziły spore zainteresowanie zwiedzających. Maszyn można było dotknąć, a to pomagało zrozumieć ich działanie. Krótkie filmy edukacyjne pokazywały pracę zecerów, introliogatorni czy drukarni offsetowej. Niestety musieliśmy stosunkowo szybko stamtąd wychodzić, bo zamykano muzeum. Na pewno tam wrócę i spędzę na spokojnie kilka godzin, bo — jak się dowiedziałem — jest to wystawa stała. Wracamy do „Alchemii”.

ok. 16.40
Pokaz filmu „Muzeum czcionek” wzbudził u mnie mieszane uczucia. Wszystko przez zboczenie zawodowe. Taki już jestem. Obrazem byłem zafascynowany, ale błędy w napisach uniemożliwiały mi skupienie na tym obrazie. Mimo tych niedoskonałości film polecam, bo opowiada o zasobach francuskiej Drukarni Narodowej i pracy nad zachowaniem matryc czcionek w jak najlepszym stanie.

ok. 18.00
Okazuje się (ja wiedziałem od poniedziałku, ale dla wielu osób była to niespodzianka), że prelekcję w języku angielskim o foncie Skolar wygłosi David Březina. Była bardzo, naprawdę bardzo interesująca, bo David opowiadał o różnych niuansach typograficznych, diakrytykach i rozbudowanych funkcjach zecerskich jego fontów. Aktualnie autor pracuje nad zamknięciem projektu pod nazwą Skolar Pro, który będzie zawierał o wiele bogatszy zestaw glifów, powiększony o cyrylicę i grekę. Całość ma być gotowa zimą, być może jeszcze w tym roku.

ok. 19.00
Po prezentacji zaczepiłem jeszcze Davida i popytałem go o zademonstrowane podczas prelekcji stosowanie Skolara na własnej stronie za pomocą technologii opracowanej przez Typekit.com oraz o funkcję kontekstu języka (np. różne oacute dla hiszpańskiego i polskiego). David był bardzo miły i obiecał skończyć rozmowę w środę.

wieczorem
Przez kilka godzin zachwycałem się Skolarem, aż musieli mnie uspokajać ;)
Na zakończenie dnia obejrzałem Heroes s04e09 i House M.D. s06e06.





Za oknem deszcz…
Środa, 11 listopada, rano
Wstałem o 7.10 i po załatwieniu porannych spraw pojechałem chwilę po ósmej na Kazimierz. Coś mi świtało, że zajęcia zaczynają się dopiero o 10.00, ale sprawdzałem na stronie kraktypo.pl i było tam zapisane, że od 9.00. Nie chciałem ryzykować spóźnienia, więc byłem wcześniej. Był to dzień świąteczny, wolny, sklepy nieczynne, więc o tak wczesnej godzinie byłem absolutnie sam na Placu Nowym. Niesamowite wrażenie. Pochodziłem trochę po Kazimierzu.

ok. 10.05
Tomasz Bierkowski, którego znam jako autora książki „O typografii” zaprezentował prelekcję pt. „Relacje obraz–tekst w przekazach typograficznych”. Na początku nie było lekko, gdyż prezentacja znowu była czytana, co osoby o słabszych nerwach osłabia. Do tego doszła chyba trema lub brak czasu na przygotowanie prezentacji, bo słyszałem sporo eee…, yyy…. Później było lepiej, gdy słowo towarzyszyło obrazom, książkom, ilustracjom. W sumie — OK, bo wykład pokazywał jak ważne jest zrozumienie wzajemnej zależności pomiędzy słowem i ilustracją. Szczególnie zapadały w pamięć złe przykłady.

ok. 11.00
Tym razem czekało nas coś specjalnego — Robert Chwałowski zajął się pismem Majów i zrobił to bardzo zgrabnie. Sposób, w jaki liczyli Majowie znam od dawna, gdyż w wieku 7 lat dostałem książkę pt. „Wyspa smoka”, w której opisywano różne systemy zapisu liczb. Choć była to bardziej rozrywkowa prelekcja niż typograficzna, na pewno mogła się podobać.

ok. 12.00
Pismo szkolne, które poznają dzieci w dzisiejszej polskiej szkole jest mi doskonale znane. Mój syn chodzi do trzeciej klasy, więc zdążyłem sobie je przyswoić (przypomnieć). W ostatniej prezentacji na tegorocznym KRAKTypo Robert Oleś zadał pytanie „Czy potrzebne jest nam pismo szkolne?". Osobiście myślę, że tak. Przypadło mi do gustu pismo Comenia Script zatwierdzone jako czeskie pismo szkolne. Zapamiętałem, że Rodana Lencová (autorka pisma) jest z mojego rocznika. Wykład ciekawy, prezentujący prace nad modernizacją pisma szkolnego w różnych krajach europejskich.

ok. 12.50
Jeszcze chwilę porozmawiałem z Davidem.

ok. 13.00
W końcu czekało nas rozstrzygnięcie konkursu na plakat. Jak można się było spodziewać — „wygrał fioletowy” w obu głosowaniach: jury i uczestników.

ok. 13.25
To już był koniec. Pożegnanie z KRAKTypo. Trochę smutny wyszedłem z „Alchemii”, choć wiem, że wrócę tu za rok.

ok. 13.40
Z mocnym postanowieniem obejrzenia filmu 2012 udałem się w deszczu do Cinema City w Galerii Kazimierz. Tłum ludzi przy kasach. Po uważnym spojrzeniu na ekran musiałem stamtąd odejść. Były tylko bilety na godz. 22.00, a takie mnie nie interesowały, bo nie miałbym powrotnego tramwaju po seansie. Mówi się trudno. Poczekam na seans w Sanoku. Wciąż padał deszcz. Poszedłem na Stradom i pojechałem do znajomych. Buty miałem tak mokre, że zostawiałem kałuże. Wszystko przez kazimierskie kałuże (szczególnie pozdrawiam taką całochodnikową przy ulicy Wąskiej).

wieczorem
Zamówiłem bilet na busa i obejrzałem sobie V s01e02. Naprawdę chciałem się szybciej położyć, ale gdy spojrzałem na zegarek przed snem wskazywał prawie pierwszą w nocy.




Powrót
Czwartek, 12 listopada, przed południem
Wstałem, zjadłem, spakowałem się i pojechałem na dworzec. Miałem jeszcze sporo czasu, więc zajrzałem do księgarni Matras w Galerii Krakowskiej. Chciałem kupić „Marinę” Zafona Carlosa Ruiza, ale okazało się, że mają ją na razie tylko w EMPiK-u. Zadowoliłem się więc „Ostatnim szczegółem” Cobena. W końcu poszedłem na stanowisko D18, aby wsiąść do busa. Pan okazał zdziwienie, że ja cokolwiek rezerwowałem, ale było ostatnie miejsce (w kabinie kierowcy), więc mnie zabrał. Czterystustronicowy Coben był idealnie wyliczony na trasę do Sanoka, więc ostatnią stronę przeczytałem tuż przed moim przystankiem. Po prostu „na styk”. W całej książce zobaczyłem tylko jedną literówkę (brakująca litera w wyrazie „poczucia” na str. 304). Co prawda zostawiłem w busie czapkę, ale może uda mi się ją odzyskać. Wróciłem do domu.

Edycja: Fotorelacja Wojtka Zająca — na jednym ze zdjęć widać moje ręce ;)

2 komentarze:

dana pisze...

Eh jak podróż w czasie ten Twój dzienniczek :) Dzięki. Wpisuje do cyklicznego zaglądacza.

danka pisze...

Świetnie się czyta twoją relację. Faktycznie jest jak podróż w czasie. (:
Ja się przeniosłam z powrotem i nie chce mi się wracać.